Thirteen Autumns And A Widow / Trzynaście Jesieni I Wdowa Poczęta bezmyślnie niczym nieszczęście pomyślnej nocy Jej oczy zdradzały uroki dziwnego światła księżyca Niepokojąca mgła na zawsze spowijająca dalekie morza Wykrwawiona biała i martwa, Jej prawdziwa matka była jadłem Dla wygłodniałych wilków przywiedzionych przez żywioły Ze stromych postrzępionych gór które zdawały się rosnąć w niepokoju Przez samo serce lasów, jechał czarny powóz U jego boków poskręcana błyskawica co syczała burzą (Ozłocony herbami Karpackiego rodu) Niosąc niewolników sodomicie dla noworodka Tej nocy gdy dziecię Hrabiny narodziło sie zdeformowane Tragedia spadła na imię Batory Elżbieta ochrzczona, nie bledsza niz róża Rosła tak mroczna jak ta sylfa Nie zimniejsza w spoczynku Lecz Jej piękno przędło nici Serca wokół kochały ją od pierwszego spojrzenia Ona lękała się światła Gdy więc popadła jak grzesznica w występek Pod surową, purytańską regułą Złożyła ofiarę... Dziewiczą mandragorę szczurom w murach Lecz później bicza anioły lizały więźniów, oszołomionych Nigdy Jej sny nie były tak mianiakalnie okrutne (I pełne takich rozkoszy) Bo kruki uskrzydlały Jej nocne loty Erotyki Na wpół odtrącona z ambony Nadchodzącymi mękami Na wpół nauczona z kabały demonów W Niej Jej krok wiódł do voodoo By ujrzeć Jej własny cień wielbiony Na mszy bez skazy Choć wewnątrz brzydziła się Nie zebrania Jej amantów Lecz spojrzenia ich Pana " Muszę zwrócić oczy ku hymnom Bo Jego wzrok niesie dogmaty na mą skórę On wiem że śniłam o cielesnych rytuałach Z Nim nieumarłym prze trzy długie noce " Elżbieta słuchała Nie wygłaszanych kazań Co niosły taką winę do Jej drzwi Grzebały Jej duszę pod takim kamieniem Bo Ona przysięgła a Ksiądz westchnął Gdy Ona uklękła by odpokutować... Ona lękała się światła Gdy więc popadła Jak grzesznica w występek Pod surową, purytańską regułą Złożyła ofiarę Ze swej przyzwoitości i czystości Temu wilkowi w szatach Rzucającemu się by nawiedzać Jej konfesjonał Przebaczenie przyszłoby Gdy Jej grzechy zostały zmyte Ponownym chrztem w bieli... Szyba rzucała wieńce Belladonny Na grób Jej niewinności Jej ukryta twarz wypluła morderstwo Z szeptu do krzyku Cały sen zdawał się przeklęty Słowami Faustiana Lecz tam w orgiastycznym Piekle Żadne koszmary nie były gorsze Niż odzwierciedlone odkrycie Że całowała fallus Diabła Z własnego wyboru... Więc przez okna otwarte szeroko ne menstrualne niebo W Noc Przesilenia Ona zbiegła z zamku w tajemnicy Córka burzy, okrakiem na Jej ulubionym koszmarze Na wiatrach bez modlitwy Stygmaty wciąż krwawiły pomiędzy Jej nogami Zimną krwią co wieściła nowe nienawiście Ona szukała Czarodziejki Przez śnieg i mokre lasy do lochu sodomity Dziewięć skręconych przeznaczeń ciśniętych złamanych na kości umiera Za gardło Elżbiety Potępienie zwyciężyło i zapragnęło by księżyc Lśnił w monologu Poprzez rzędy drzew By zasnuć ścieżkę Wyciem nimf umęczonych W uścisku sodomity W macierzy lasu Gdzie wiedźma ćwiczyła Ją W mroczniejszych nawet dziedzinach Pośród mirtu i mellissy Śród tłuszczu uduszonych ludzi I zakazanych prawd, starszego złego znaku Elżbieta znów wróciła do życia I pod grawiurą świtu powróciła Niczym płomień w czaszkę śmierci Z obietnicą spalenia Tajemnic co zlęgły się gdy odeszła Przez mgłę i bagno tam gdzie rysowały się Mury Jej zamku w którym niestrudzone Kruki żarły padlinę Ona ocknęła się z baśni do żałoby Kościelne dzwony wykręciły Ją szaleńczo ze snu Rozdźwięczane przez księdza, własnoręcznie wykastrowanego i zawieszonego Niczym karmazynowy nietoperz pod dzwonnicą Oni paplali swe bibilijne mantry Czekając na swe sześciokroć potrojone gaże Lecz Elżbieta roześmiała się, trzynaście Jesieni minęło I Ona była wdową po bogu i Jego gniewie, nareszcie... Cruelty Brought Thee Orchids / Okrucieństwo Przyniosło Ci Orchidee Burzliwa w przygasłym różu Zebrana satyna okrywała Jej piersi Niczym krew na śniegu Turnikiet z Topazu Lśnił przy Jej gardle Budząc się, wypchnięta z łona Jej uwolniony duch przyćmił księżyc Tak iż lśniła jak upadła gwiazda Królewska ozdoba z mglistej dali Jej podobizna wisiała w czarnej galerii Zsyłając niepokój Żądając od Śmierci oddechu... Wśród wiru i dziennego zgromadzenia Towarzystwa na dworze Elżbieta lśniła, Jej obecność znalazła poklask Choć Jej cień rzeźbiony przez pochodnie Rzucony na wilgotne ściany cel Witał jedynie rozpacz niewolników których uwiodły Jej noce Trzynaście Zimowych przesileń ukazało Jej ścieżkę, tak iż mrok Naznaczył to królestwo Ścigając spowiednika Które pieszczoty poznała Biczowaniem w Domu Psa Jej zimnym łonem na świętej kości Odarta z wiary, Ona obejmowała Narcystyczny niepokój zamarły na twarzy zwierciadła Z tą pogardą, wewnątrz tych żył (Bezużytecznie wysoko urodzona jak Ona) Ona chciała zatrzymać czego żądał czas Jej dusza została sprzedana i jako cena Wszędzie tliły się cuchnące stosy Dla kaprysu tego kto posiadł kontrolę Elżbiety, tajemniczej. Okrucieństwo przyniosło ci orchidee Z wnętrzności otchłani Niegdyś w okrucieństwie gdy zdławione płacze wiedźm I nieskuteczne runy wyryte na poczerwieniałych łonach Zostały ekshumowane skrzącymi się oczami Szaleństwo spadło Na Nią niczym nasienie rozkochanego kochanka Żywa krew rozlana na Jej skórze W uwolnionych torturach artretyzmu I w Jej martwym odbiciu To było jakby lśnił Jej całun Niczym anioła rozgrzanego przez świece Gdzie padły erotyczne skazy Tak demony pogrążały tę rozpustnicę Żądza krzycząca o uwolnienie Na ciele ustrojonych dziewic Niczym płótna dla kaprysu Żądając posłuszeństwa Jej spojrzenie tworzyło seans Duchów zbyt zniewolonych pod szkłem by obcować Z kochanką bledszą niż Luna Której groźby pochłonięcia Jej Spotkały się z torturami dającymi upust Jej omdleniu Na Jej plecach leżą Zebrane w talie Słowa i klątwy Co nawiedzały Jej sny Koszmar północy wybił Trzynastokroć w Jej myślach Uczennica blizn Napiętnowane lata zasyczały w tyle Gdy szeroko rozłożyła uda Przed Ojcem much Aplauz wilków Zarumienił niebiosa gdy oni wili się Lecz Niebo nie jest wieczne Ona nadeszła, burza zesłana Z chmur... Zostawiła węże u władzy Wewnątrz każdych wrót By lizać prawe dziury Ukrywając przed Panem los Dziewic obnażonych siłą I bezczeszczonych na skrwawionych kolanach Bitych i szarpanych w tył Panien duszących się własnymi błaganiami " Jeszcze. Dziwko. Jeszcze. Podnieca mnie gdy się szarpiesz Nacierasz mnie padliną " Beneath The Howling Stars / Pod Wyjącymi Gwiazdami Środek zimy zwodzi rytuały Wiosny Mróz jej kości grabi ziemię Gdy zadumane dusze śpiewają zamarzając Nieszczęście ponownych narodzin Pod zimnymi spojrzeniami Marsa w gorączce Prawie-samobójcy krzyżują swe serca A nienarodzeni wiją się w letniej solance Bo tak rozpoczyna się coś nikczemnego Pod wyjącymi gwiazdami Elżbieta, wzór występku Patrzy jak słońce stawia stosy w ogniu Niczym Zguba i Tyrania, Jej Dobermany śpią Jak zaklęci kochankowie u Jej stóp Szczebiot nieistniejących dzwonów Zrywa piekielne ogary, ostrzące kły Na sanie co spieszą przez śnieg oświetlony na czerwono Z gośćmi wypatrzonymi z okna poddasza Wielkie mroczne zwierciadło powiedziało Jej twarzy Ona oślepi ich wszystkich Że mieszkańcy niebios utraciliby łaskę By posiąść tak połyskliwy całun Bo piękno zawsze jest Okrutne... (Niech w łańcuchach pocznie się los... Potępienie od Bogów szukających rekompensaty Czyniących niewolnikami dla kaprysu tej pani) W miarę jak trwał taniec Nastrój Elżbiety Temperowany rzemiosłem szklistego księżyca W gładkiej czarnej lodowatości narastał By pochłonąć Dziewczynę pogrzebaną w Jej wieży Dla pieczy nad Jej strojami Wzięła na siebie ciężar burzy Gdy rozpostarła się błyskawica Jej psy szarpały przeguby dziwki Odzyskując sterane szczęście To oczyszczenie Zstąpiło na bal Z krwią wymalowana na Jej ustach Przelatując niczym kometa tak jasna Jak w zaćmieniu Walc załamał się, rozbity Pozbawiona całego tchu Nawet Śmierć blednie w porównaniu Z odcieniem Jej wspaniałości Tak rzadkiej i poczętej Z tłumu co w przerażeniu zebrał się Tam... Pod wyjącymi gwiazdami Ona tańczyła tak makabrycznie Ludzie byli oczarowani wyczytując z Jej kroków Że ten anioł co zstąpił z piedestału Zyskał uwolnienie od losu Rozświetlając mroczniejsze sfery Rozkoszna w kołyszącym chodzie Bo Ona była niczym Bogini Do której wilki zanoszą swój śpiew " Gdy zawiść zalśniła na sztyletach Przez panny dworu, zakłamane Co szeptały dokoła O szerokich podejrzeniach Że Elżbieta była wiedźmą Że nawet teraz dziwka rzuca Swe zaklęcia na Czarnego Hrabiego Od którego pościły Jej poczerwieniałe usta " Z ust do ust Podawana wieść zataczała kręgi Od harpii co ciskały Złowróżbne spojrzenia Aureola kruków rozwiała Jej włosy Tiara ze świec Ze zniewolonych namiętności I erotycznych fantazji Gdy ich oczy, oślepione księżycem spotkały się Utorowały drogę Poprzez morze gry wstępnej Kochankowie od pierwszego ukąszenia Ona była Ewą uwiedzioną by legnąć Dysząc u krokwi Ciało ściśnięte w balecie Dla kaprysu, ciasnych konwenansów Ona uciekła z uczty By zakraść się do raju Bestii zamkniętych w Twierdzy Feudalnego dylematu Dobrze zawinięta w futra Przeniknęła straże bram Psie gwiazdy wyją na ziemi Tej gwałtownej nocy Nieświętej nocy Wiatry splotły ich ramiona Gdy eter dawał upust swej zimowej wściekłości Ona pragnęła Jego pocałunku w Jej zamarzniętych krajobrazach By rozgrzać ponurą przyszłość Wśród dworskich intryg Gdzie w godzinach poranka Diabeł nigdy nie przychodził przypadkiem Pojedyńczy talizman przy wnętrzu Jej uda Zesłał ogień żądz gdy podkowy rozbrzmiały W brukowanych ulicach gdzie gromada żebraków Oddała życie kapryśnemu bogu Środek zimy zwodzi rytuały Wiosny Mróz jej kości grabi ziemię Gdy zadumane dusze śpiewają zamarzając Nieszczęście ponownych narodzin Pod zimnymi spojrzeniami Marsa w gorączce Prawie-samobójcy krzyżują swe serca A nienarodzeni wiją się w letniej solance Bo tak rozpoczyna się coś nikczemnego Pod wyjącymi gwiazdami Tętent kopyt na moście zwodzonym Głos zgarbionego starca Elżbieta rozdrażniona, czyż On śmiałby zadowolić Tak wiekowe lędźwia w płomieniach ? On udawał ponurą wzgardę Igrając z Jej gniewnym spojrzeniem Lecz jędza odparła... " Ta dziewczyna co rozkazuje Wkrótce będzie znękana wiekiem jak ja " Jej małżonek wyśmiał chmurę mroźnego oddechu Bo wdzięk Elżbiety zdolny był wznieść Flagę rozejmu w płonącym niebie Albo zmarłych ze świeżych grobów Lecz Ona wciąż trwała w gniewie Ta dumna Królowa Śniegu Rozgoryczona zareplikowaną klątwą A ponieważ On wiedział iż Ona lubi rzeź Wypatroszył staruchę dla sportu Wkrótce opadła ich gorączka pełni księżyca Likantropiczna w małżeńskim łożu Splugawiona afrodyzjakami By zerwać dynastyczną unię I uczynić ich dalszymi maniakami Elżbieta Wolna od władzy, teraz Hrabina Wyświechtany i wytarty Jej tytuł niczym ulubiona suknia Gdy Jej błądzący Pan Który zasmakował w wojnie Szalał w czerni by paść przed niewiernymi Jej ogień, uspokajał się, wypalał. Venus In Fear / Wenus W Strachu (instrumental... w pewnym sensie ^_^) Desire In Violent Overture / Pragnienie Gwałtownej Uwertury Nadeszły noce niosące koncerty duchów Struny serc partyturami ukłonów kościanego żniwiarza Grając torturę allegretta muzyki kameralnej Dyrygując ponad środkiem stłamszonym w crescendo Odarty ze skóry mrok będzie krzyczał Ochrypły od Jej symfonii Śmierć uderzyła na księżyc Co unosił Jej sny I gniewnie patrzył na zstępujące wiatry Tam gdzie zbłądzili wulgarni, Drażniąc do szaleństwa Jej czułą zdobycz Ona przemykała w swej ślubnej szacie Jak śpią czyści Pragnienie Gwałtownej Uwertury Emanacja szaleństwa zjaw Hrabina zoczona w całunie Przez dziewczęta pozbawione przyszłych przysięg Przeznaczone do zaślubin w bieli ze zmarzniętą ziemią Płonące niczym stygmat na rysach boga Tęsknota związała Jej dłoń z Jego Serafem Głęboka czerwień syczała gdy kot był biczowany Dla kaprysu złej woli Gdy Ona oczarowana, nonszalancka, szczęśliwa Tworzyła kolejne pieśni o torturze Jak łkają czyści Pragnienie Gwałtownej Uwertury W jaśniejącej bieli piwnica strzaskanych róż Rozlanej krwi i poszarpanych lalek Oświetlony pochodnią cień ożywił teatr Niesionymi echem płaczami żywotów które Ona skradła Czas zabijania Ona wybiła martwe godziny Pod Jej kontrolą Tak klimakteryjny Jej zegar z wyrwanych łon Zaczął bić "Trzynaście uderzeń w pradawnym tonie Zaklinam żałobną pieśnią Co przepełnia pustkę przywołanym cierpieniem By nasycić mą seksualną żądzę " Zjawy nadeszły zawodząc zza Zasłony Mroku Nawiedzając bezwargie usta taktem arkanów diatryb W aksamicie, ich głosy pogrzebały Jej sen Wyczerpanej i ukojonej Gdy brzemienne niebiosa na zewnątrz rodziły burzę Jak śpią czyści Pragnienie Gwałtownej Uwertury Jak gdy wysokie wiatry Zestrajają biczowane drzewa Jej dzika natura szalała I jeszcze raz wiodła Jej prośby Do tych których kochała po agonię Jak gdyby to był Pierwszy raz każdej nocy Gdy Ona wycięła swą pieczęć W ciele życia. The Twisted Nails Of Faith / Poskręcane Gwoździe Wiary " Lustro, lustro na ścianie Czyż wszelkie rozkosze nie winny należeć do mnie ? Bo jeśli spełnię twą Wolę Obdarz mnie Zaklęciem twego języka " Trzy tarcze księżyca zamarły w cieniu sześciu Gdy kolejna dusza przebyła objęcia Styxu Ściskając ich tandetny krucyfiks Nietoperze wyruszyły z jaskiń w dźwięcznym poruszeniu Znaki korupcji z wnętrza kościoła Cuchnąca, wilgotna oaza wciąż nie odstępująca odrodzenia głupca Samotny niczym zimny kamień ołtarza Zamek i jego twierdza Wzrósł jak bajeczne królestwo Wdowa wśród zaśnieżonych szczytów Na których rozciągnięta była Hrabina Ramiona mruczące od morderstwa Skąpana w dziewiczej bieli i tak jak noc Żywa i młoda i nienasycona Czy był to płacz wilka Co zerwał srebrną nić zaklętych myśli ? O Jej życiu jak o jedynie odbiciu (Jak odbicie księżyca schwytane w ciasne okna) Co otwarł mroczne powieki Na westchnienie lasów na które spadł wiatr Niczym Syrena co przędzie pieśń Z zaśpiewu duszących się chórów Do których mściwi umarli Należą... Do Czarodziejki i Jej sztuk kości Ona wymknęła się z hebanowych wież w godzinie Marsa Pod niebem naszywanym gwiazdami w kratę blizn By zluzować splątane cugle co trwały w galopie, rozpaczy Popadła w melancholię, umknęła do sanktuarium Na odległych łąkach gdzie przywiązani tkwili wpatrzeni onyksowi idole Czy był to Pocałunek mgły Co nadał powietrzu posmak absyntu ? Zatracone dusze żebrzące wskrzeszenia Od Bogów na cokole ich lasu Których epitafia mówiły o ponownym powstaniu do zwycięstwa Uwolnieniu od rozpaczy poprzez holokaust grzechu W języku utrzymanym w obraźliwych złorzeczeniach Ponad znakami i piecząciami czarodziejka modliła się Do Śmierci, o rozdarcie kruchego welonu By Pradawni mogli znów powstać W miarę jak cienie narastały Hrabina upadła Masturbując się swym sztyletem Gdy Wiedźma plotła zaklęcia Szczytując ciężkimi różami przez całą drogę do Piekła Gdy ponura makabryczna tyrada gromu Zwiastowała dwa rozszczepione światy Emanując zgubą, coś nadeszło Z fetorem naruszonych grobów Do tych tajemnic Co cofnęły się przed dostrzeżonym horrorem Gdy warczenie parzących się zjaw potęgowało się... Olśniewająca W naszyjnikach (Jubileuszowe ozdoby z wnętrzności zbeszczeszczonych zakonnic) Demony, uskrzydlone, obdarzone mową W brudzie, skradały się w koło szukając dostępu Dla arktycznego języka do Jej łona Gdzie rubiny wiszące u jej alabastrowych ud Lśniły niczym kontrakt w sakiewce ladacznicy Otrzymując jedyną komunię z ciała chrystusa " Jeśli krew jest tym czego pragniesz, plugawy stworze Oddam ci tę wiedźmę Jeśli raczysz rozciągnąć dla mnie welon Ponad rosnącymi zmarszczkami wieku i smutku " Gdy Demon spełnił odrażające śluby I niósł swą zdobycz w dal W szponach swędzących by popełnić Ohydę gwałtu bez końca Czarodziejka krzycząca w Jego uścisku Wypluła ostatnią klątwę by splamić Hrabinę obietnicą Iż Jej pan na wojnie będzie okrutnie zabity I Ona zgnije. Samotna Szalona. Na poskręcanych gwoździach wiary. Bathory Aria: I - Benighted Like Usher / Aria Batory: I - Ociemniała Jak Przewodnik Zasnute pajęczynami świece przygasły Gdy Śmierć odeszła odciskając Swój herb na zimnych łzach Hrabiny Ociemniały jak pechowy Przewodnik Dom Batorych okrył się Fasadą smutnego mroku Gdybym tylko mógł płakać W żałobie u Jej boku Objąłbym Ją tak ciasno Jak burza wyrzuconą na brzeg Afrodytę Tonącą w Kyteriańskich przypływach I Całowałbym Ją Bo od Niej samotnej Me usta poznałyby Zagadki cienistych wizji Gdzie rozkosze odebrały ciało I ból, bez wyrzutów sumienia Nadszedł mrożący dech Szorstkiego życia ściszonego do szeptów Ociemniała. Wdychając blade gasnące światło księżyca co pełzło Przez kryptę Jej Pana co spał tak spokojnie Ociemniała. Wydychając jęk dzwonu czarnej wdowy Gęstniejąca wieczna noc ogarnęła Jej duszę II - A Murder Of Ravens In Fugue / II - Morderca Kruków W Oktawie Teraz przekonując szare niebiosa Zemstą na życiu Gnatyczne i Saficzne Potrzeby doprosiły się bratobójstwa Złudzenie wielkości zdemaskowało przewrót Rozbicia przeklętego szkła, pozbawionego mocy w kryptach Otoczonego przez zjawy wsród Jej grzechowi pokrewnego kultu Z opuszczeniem wisielca Ona kierowała słowa magii Do Archaniołów w niewoli Ze światła w noc strąconych Zrzuconych na ziemię gdzie rozpościera się męka...... Lecz wkrótce, Jej tarot ukazał Że wieści rozpostarłyby się jak nowotwory I rosłyby I zniszczyły Jej gwiazdy Dla lepszej gorzkiej prawdy O zimnych kąpielach we krwi Gdy ciała powstały W sztywnych hordach By nawiedzać Ją z ich Płytkich narzuconych grobów Gdy wilki ekshumowały Ich zbeszczeszczone łona Gdzie ciężkie mrozy pracowały długo By odsłonić ich rany W głębie Jej duszy one sięgnęły Dzierżąc swą truciznę płynęły Jak morderca kruków w oktawie A wiedza o ich gwałtach Strzaskałaby Jej sny Ona podarła sczerniałe księgi dla ułaskawienia potępienia Zgubne krakały działa na zgromadzonych wrogów Więc w Noc Wszystkich Świętych Gdy zaproszono Ją Niczym Bellonę na bal Tych wrogów Upadłych sióstr ociężałych Od Jej tortur Spod płyt kamienia splugawionych krzyżem Do Jej powozu naglonego do ucieczki Lecz Ona wiedziała że musi pokonać noc Choć strach przemienił księżyc w czaszkę śmierci Jak morderca kruków w oktawie Bo każde zamaskowane, ozdobne spojrzenie kryło straszny cel Horror zamroził malowane oczy w zimne spojrzenia I nawet Jej taniec Ciśnięty w wielkie zwierciadła Wieszczył źle na Jej przyszłość Gdyby los ucztował tam... III - Eyes That Witnessed Madness / III - Oczy Które Doświadczyły Szaleństwa W wieku ukrzyżowanym gwoździami wiary Gdy szeregi strachów polnych chrystusa pustoszyły kraje Samotna Hrabina ściągnęła gniew obsydianu Wyzwała otchłań wiedząc dobrze że i tak jest przeklęta Jej życie wyszeptanym smutkiem niczym marsz pogrzebowy Skecone w tęsknocie, owładnięte i wprowadzone w trans Tymi co poddali się okrucieństwu Zmiażdżonymi pod krokiem Jej tańca Tornado ognia co ogarnęło przeszło przez dzikie pąki Słodkiej róży ogarnęło Jej gęstwiny czarnych cierni... Ona zażądała Niebios na zawsze w swej władzy Eliksiru Młodości z czystości Gdy Jej lesbijskie fantazje Poszerzone do ekstremów Rozpostarte ponad dekadami Sięgnęły po lekarstwo jedwabistej krwi Lecz Jej rządy skończyły się szybko Gdyż Mroczni Bogowie spali zbyt głęboko By dosłyszeć Jej prośby Gdy Jej strażnicy zostali osaczeni Klątwami księdza Który wyjąkał rytuały W martwocie nocy Z dziewic plamiących skręcone prześcieradła I Ona wyprostowała się dumnie Gdy Jej zbrodnie zostały odkryte I pojawiły się na ustach plebsu Choć Ona pachniała ogniem Co lizał Jej ramiona i sięgał wyżej Do umęczonych łon jej wspólników Tak kończy się poskręcana baśń I choć oszczędzona od paszczy stosu Dzięki pochodzeniu ze szlachetnej krwi Jej grzechy [zbrodnie] nie dały Jej wytchnienia Na zawsze pozbawiona dreszczu nadchodzącej nocy Gdzie wolna samotna Śmierć mogła obdarzyć Ją lotem " Wszystkie Duchy umknęły przed sądem, Ja gniję, samotna, szalona, Gdzie las szepcze nade mną purpurowe lamenty Spomiędzy sosen* i uwieńczonego wilczego losu [* nieprzetłumaczalna gra słów: "pine" - sosna, "to pine" - umierać z tęsknoty za kimś (archaizm)] Poza tymi murami, w których skazana Na mrok surowego grobu Kroczę z feralnym szaleństwem zesłanym Przez wątłe promienie niewinnego księżyca Który, pozbawion nekrologii, tak oto Zarządza stworzeniem na ziemi Gdy ja oddaję usta swe śmierci Wolny zimny pocałunek co przekreśla zmartwychwstanie Choć jedno ostatnie życzenie jest udziałem losu Me piękno zwiędnie, niewidziane Zachowane dla dwojga czarnych oczu co przybędą by zabrać Mą duszę w ukojenie lub do Piekła dla dowarzystwa " Mą duszę do Piekła dla towarzystwa Portrait Of Dead Countess / Portet Martwej Hrabiny (instrumental) Lustmord And Wargasm (The Lick Of The Carnivorous Winds) / Żądza I Rozkosz Wojny (Pieszczota Drapieżnych Wiatrów) Archanioł w niewoli W diademie, z duszą Mordercy kruków Lecz z wyglądu nie mniej świetny od Astarte Porzucony przez Niebiosa W martwotę, mrok i przeszłość Rzuca swa refleksy Na kruche szkło życia I choć Jej oczy wciąż skrywały ogień Gdy mury z kamienia uwięziły bestię Wbrew roszczeniom Śmierci Ona walczyła lecz upadła i poddała się I pośród zmowy kłamstw Była nękana by nauczyć się Że " Boskości i Żądzy Nigdy nie wolno się spotkać " Lecz przysiągłem iż spotkałyby się Nim welon mógł rozdzielić nasze objęcia Między Jej zimnymi, cichymi biodrami które całowałem I obiecywałem Chrześcijaństwo w płomieniach Umęczona szaleństwem Niczym mroczną pieśnią żałobną Co owładnęła mym sercem Jestem związany słowami By pomścić Jej Hebanowy splendor I poddać Mą duszę umarłym Proroctwa pożądliwego bicza bożego Zakłamanie ryczące nad nieczułymi tłumami Irytujące koszmary I ich wątłe modły Kierowane do nikogo tutaj By powstrzymać Jej wolę By wypielić świat z ich choroby Cienie odsłaniają me oczy bym widział Mięso które jest ich kongregacją Jak oni błagają niebiosa Lecz to zaledwie wstęp do wojny Przeżarty bliznami safron nocami krwawi jak małżonek Westalskie córy dają gardła księdzu Psychopata, kalający wiarę Teraz Jego bezskóre ukrzyżowanie karmi uskrzydloną diecezję Dla Niej rozbawionej Wydarłem sztandar wojenny z Jego skóry Spryskany głęboką czerwienią Barwami Piekła i bogobójstwa Tak nadeszła noc W świetle obsydianu Które jest władcą na którym nieszczęścia Karmią się niczym konkubiny I pod czarnymi spódnicami Co szępczą o rozkoszy Mroczne nasiona bliskie wzejścia Pociemniały czyny które miano mi przypisać " W łożu Śmierci zległam Płacąc haniebną usługę ust Lecz śniąc o tobie odzyskuję Powód by znów szukać życia " Wtedy uderzamy na bogów Bo naszą prawdziwą naturą jest grzech By obnażyć czułe ciało od tych świn Pieszczota drapieżnych wiatrów Oddech burzy co zaczyna się Przymuszeniem Heroda by wsunął Swój język w łono świętej dziewicy By skosztować niepokalanego grzechu Ze szczytu pokusy zobaczymy Świat nareszcie rozpostarty Teraz wilki czasu które tropią Ludzkość Będą jednością w ponurym powrocie przeszłości Upamiętniejący sierp księżyca Watahy są gotowe by żąć Kosą białe kwitnące róże Których poskręcane ciernie będą podtrzymywać Koronę na umarłym człowieku Światła dnia ukrzyżowane we śnie I życia co kryją się w zapisanych w Piśmie kłamstwach We wspomnieniach krzyku I zatańczymy pośród ruin Jak Adam i Zło Oszołomieni spadającymi gwiazdami Które płoną jaśniej podczas rewolty Jeśli wszystko musimy przekląć na tę chwilę Niechaj tak będzie Bo nasze dusze przemierzyły oceany czasu By obejmować się nawzajem ciaśniej Niż mogłaby sama Śmierć....... Gdy Cyklon uderza w swej władzy by kazać padlinie pełzać Szpony żądzy zagarniają dźwięczny zew Pieszczoty drapieżnych wiatrów Pieszczota drapieżnych wiatrów