Damnation and a Day

   
   
Wiele krwi w naszych żyłach upłynęło od ostatniego długograja Cradle of filth pt. „Midian”. Większość fanów zna już ten materiał na, tyle, że obudzona w środku nocy może cytować teksty:). Mało jest chyba osób, które nie zgodziłyby się z twierdzeniem, że był to jeden z najlepszych albumów metalowych w 2000 roku. Moim zdaniem nawet najlepszy, a już na pewno, jeśli chodzi o black metal. Potem było jeszcze takie ni to ep ni to lp pt. „Bitter Suites to Succubi”, podwójny album koncertowy („Live Bites for the Dead”), podwójna składanka największych „hitów” wraz z niepublikowanymi wcześniej rarytasami (”Lovecraft and Withchearts”) i w końcu w marcu 2003 doczekaliśmy się zupełnie nowego wydawnictwa pt. ”Damnation and a Day”. Czy Kredkom udało się ponownie zmieść z powierzchni ziemi wszystkie tegoroczne wydawnictwa black metalowe (zarówno te, które już są, jak i te, które dopiero się ukażą)? Czy Dani i spółka nie zawiedli tysięcy fanów na całym świecie? Odpowiedz może być tylko jedna – i tym razem mamy do czynienia z albumem wybitnym, takim, który już na stałe zagości w panteonie najlepszych płyt metalowych w historii!

   Powiem wprost – dla mnie jest to album roku 2003. Nie tylko, jeśli chodzi o szeroko rozumiany black metal, ale także ogólnie muzykę metalową. Patrząc na poprzednie wydawnictwa Cradle of Filth wiadomo było, że i tym razem zespół nagra coś wyjątkowego, coś, co jeszcze przez lata pozostanie w świadomości fanatyków muzyki mrocznej i ekstremalnej. Ten zespół po prostu nie nagrywa słabych płyt! A „Damnation and a Day” jest albumem wybitnym. Ciężko się ocenia takie płyty, bo jak ocenić coś, co znajduje się poza zdolnością pojmowania zwykłego śmiertelnika? Jak ocenić już nie tylko płytę, ale całe zjawisko, jakim jest bez wątpienia muzyka Cradle of filth? Mam nadzieje, że te parę słów, która tutaj w wielkiej pysze skreślę, (bo kimże ja jestem, żeby oceniać takie płyty?) da wam jakieś tam pojęcie o tym, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, z czymś, co ma miejsce bardzo, ale to bardzo rzadko…

   ”Damnation and a Day” jest pierwszym albumem nagranym dla Sony Music. Co to oznacza? Oczywiście większe środki na produkcję płyty i jak się okazało Wampiry skrzętnie skorzystały z tego (słusznie zresztą) nagrywając z 40 osobową orkiestrą (w tym celu udali się specjalnie na Węgry, jako że nawet mimo nakładów, jakie Sony dało na płytę orkiestra angielska była poza zasięgiem finansowym zespołu) i 32 osobowym chórem. Oczywiście po podpisaniu kontraktu z Sony parę osób, udowadniając tym samym swą wybitną głupotę, twierdziło jakoby miał by to być koniec CoF...Tak się jednak nie stało, co zresztą dla mnie było wiadome od zawsze, wszak Dani, człowiek o lekko tyranistycznych zapędach, nie dopuściłby, aby jacyś ważniacy w garniturkach mieszali się do jego muzyki. Wspomnieć oczywiście trzeba o zmianach personalnych, jakie zaszły w zespole od czasu „Midian” czy „Bitter Suites to Succubi”. Niestety pożegnaliśmy wieloletniego basiste Robina Graves’ a, na którego miejscu znalazł się Dave Pybus (Anathema) oraz Gian’a, który jak na razie nie doczekał się następcy (drugą gitarę na „Damnation…” nagrał Martin). Reszta składu pozostała taka sama. Kontynuując grę wstępną:), czyli wiadomości ogólne nt. płyty zajmijmy się oprawą graficzną, która jest po prostu przepiękna! Szalenie klimatyczna i doskonale ilustrująca muzyczną zawartość albumu. Jakieś płonące ruiny, kobieta z wężem itp. To jest właśnie to, co moja znajoma (pozdrowienia Moniko:) nazywa Sztuką. „Damnation and a Day”, co także nie jest niczym nowym w przypadku CoF jest koncept albumem. Czym tym razem zajmują się Wampiry z Suffolk? Ano rzec można, że jest to „biblijna” płyta. Nie nadaremno nosi przecież podtytuł „From Genesis to Nemesis”. Począwszy od grzechu pierworodnego, przez Adama i Ewę, i wreszcie koniec cywilizacji – to są tematy tym razem poruszane i przyznać sami musicie, że daje to ogromne możliwości, jeśli chodzi o warstwę liryczną płyty, za która jak zawsze odpowiadał w całości Dani. Tekstów nie wypada mi nawet komentować, jako że liryki CoF już dawno przestały być typowymi tekstami metalowymi, a po woli przekształcają się niemalże w poezje! A na tym się wybitnie nie znam (może poza paroma wyjątkami), więc nie mnie osądzać teksty, muszę jednak wspomnieć o takiej malutkiej rzeczy, która mnie niezmiernie ucieszyła:) Otóż w tekście utworu pt. „An Enemy Led the Tempest” została użyta następująca fraza: „Qouth the raven: Nevermore”. Kojarzy wam się to z czymś:)? Dla niewtajemniczonych podpowiem, że jest to fragment wiersza Edgara Allana Poe, pt. „Kruk”, uznanego swego czasu za najlepszy wiersz anglojęzyczny. Kto czytał ten wie, że zacny to utwór. Swoją drogą miłośnikom muzyki Cof polecam zarówno prozę jak i lirykę Poego – znajdziecie tu wiele wspólnych elementów.

  Jaki jest nowy album? Oprócz tego, że genialny, jest o wiele bardziej brutalny niż „Midian” i o wiele mroczniejszy od tegoż albumu. Już na „Bitter Suites to Succubi” można było zauważyć, w jakim kierunku podążą Kredki, gdzie także znalazły się utwory szybsze i bardziej mroczne niż na „Midian”. Nie zrozumcie mnie źle – „Midian” jest bez wątpienia albumem wybitnym, jednak cała atmosfera tegoż wydawnictwa opiera się na podniosłych, majestatycznych wręcz utworach, które w sposób baśniowy ukazują krainę Midian, jak wiemy miejsce zamieszkane przez demony, mutanty i odmieńców. I to jest właśnie geniusz tego albumu – ukazanie Midian jako wspaniałego, niemalże mlekiem (chciałoby się raczej powiedzieć krwią:) i miodem płynącego miejsca! Natomiast „Damnation and a Day” to już czysty mrok i brutalność. Śmiem nawet twierdzić, że jest to najbardziej brutalny album CoF! Wszyscy, którzy sądzili, ze podpisanie papierków z Sony wpłynie w jakiś sposób na muzyczną zawartość krążka zostaną po prostu zgnieceni nowymi kompozycjami! Nowych numerów jest tym razem 17 i z tego też powodu płytka oprócz tego, ze najbardziej brutalna jest też najdłuższym „Dziełem Zakazanym” Cradle of Filth. Całość trwa 76 minut, ale wierzcie mi, ze ani przez chwilkę nie będziecie się nudzić! Płyta została podzielona na 4 części; każda natomiast zawiera 4 utwory, w tym jeden instrumentalny. Jest to pewne novum, jako że do tej pory poza instrumentalnym wstępem na płycie znalazł się jeden, góra dwa kawałki instrumentalne. Na „Damnation and a Day” jest ich natomiast aż pięć. Piękne to kompozycje i niezwykle klimatyczne. Praktycznie w każdej z nich występuje 32 osoby chór, co niesamowicie współgra z muzyką. Jak wiadomo nie od dziś, klimat jest tą rzeczą, która także odgrywa olbrzymią rolę w twórczości Cradle of Filth. Jeśli chodzi o klimat nowej płyty to określić go mogę słowem – filmowy. Szczególnie mam tu na myśli utwory instrumentalne. Kojarzą mi się przede wszystkim z ilustracją muzyczną do starych horrorów. Widzieliście może adaptacje prozy wspominanego przeze mnie już Poego dokonane przez Rogera Cormana? Jeśli tak to macie jakieś pojęcie jak wygląda ta płyta. W paru miejscach słuchać niejakiego Dave’a MacEwena, który jest profesjonalnym aktorem i został zatrudniony jako „narrator” i przyznać trzeba, że wypełnił swoją rolę znakomicie. Szczególnie zapada w pamięć jego głos w „Damned in any Language” czy demoniczny śmiech w kończącym album „End of Daze”. Paradoksalnie mimo dość dużej ilości utworów instrumentalnych, orkiestry i chóru, „Damnation and a Day” jest dla Cradle of Filth tym, czym dla Limbonic Art był album „Ad Noctum: The Dynasty of Death”. Nacisk jest położony przede wszystkim na perkusje i gitary, a nie na klawisze. Posłuchajcie sobie choćby „An Enemy Led the Tempest”, „Doberman Pharaoh” (oprócz tego, że bardzo brutalny, zaczyna się egipskim motywem!) albo „The Smoke of Her Burning” – CoF nigdy jeszcze nie brzmiało tak brutalnie! Istne walce, które sprawią, że będziecie się zastanawiać czy to, aby przypadkiem nie Vader czy Dark Funeral! Są oczywiście także kompozycje wolniejsze, (choć wolne w przypadku tego albumu oznacza brutalne:) takie jak piękny „Serpent Tongue” zaczynający się gotycką gitarą (mówiąc gotycką mam tu na myśli taką, jaka jest obecna w twórczości zespołów pokroju Fields of the Nephilim czy Sisters of Mercy, a nie jakieś pseudogotyckie przyśpiewki dla zakompleksionych 16 latek w stylu Artrosis, Moonlight czy inne Delight), „Mannequin”, który także, choć dość wolny zawiera parę „rzeźnickich momentów”, czy też znany z singla „Babalon A.D. (So Glad for the Madness”). Bardzo zróżnicowany to materiał mimo nacisku położonego na ekstremalne granie.

   Oczywiście zdaję sobie sprawę, że po premierze tego albumu odezwą się głosy krytyki. Ok. nie mam nic przeciwko, wiadomo wszak, że coś może się komuś nie podobać. Niestety nie ma tak pięknie. Nasz mały, metalowy światek pełen jest ludzi, ciśnie się na usta określenie niedorozwojów, w wieku najczęściej 16 lat, którzy chcą być jak najbardziej grim nekro true pagan satanami (mała wskazówka dla owych wybitnych specjalistów od muzyki metalowej – w tym miejscu została przeze mnie użyta ironia, więc musicie wstać od komputera i sprawdzić w słowniku, co to słowo oznacza, podpowiadam, że szukać należy pod literką „i”) zafascynowanych wyczynami niemniej inteligentnych ludków, którzy na przykład podpalają kościoły, (co ma tyle wspólnego z prawdziwym satanizmem, co Henryk Sienkiewicz z fantastyką) lub zabijają kolegów z zespołu. Siedzą sobie tacy przed ekranem komputera i wypisują różne bzdury niemające żadnego poparcia w faktach i rzeczywistości. Cóż mogę jednak rzec – nie powinno mnie to zjawisko dziwić, wszak nie od dziś wiadomo, że krytyk i eunuch są jak z jednej parafii – obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi. Cradle of filth to nie pierwszy i nie ostatni zespół, który doświadcza czegoś takiego. Bo i polski Vader ma z tym problemy, a ostatnio stało się modne bluzganie na Behemoth. Wszystkie te kapele mają jedna wspólną cechę – grają wspaniałą muzykę i ta muzyka podoba się ludziom. Niestety niektórym to nie odpowiada, głownie o zazdrość oczywiście chodzi. Dani w jednym z wywiadów na pytanie, co sądzi o ludziach bluzgających na CoF stwierdził: „Mam to w dupie, nie mam czasu na pierdoły” I wydaje mi się, że owa dupa to odpowiednia miejsce dla takich ludzi. Dla mnie osoby wysuwające bezpodstawne oskarżenia, wymyślające jak najbardziej głupie powody, dlaczego jakiś zespół (w tym wypadku chodzi o CoF) jest beee, są niczym innym jak kupą żałosnego gówna. Historia niejednokrotnie pokazała, że ludzie tworzący Sztukę i to Sztukę przez duże „S” bardzo często byli niezrozumiani, żeby użyć obrazowego porównania powiem nawet, że paleni na stosie! A wydaje mi się, że śmiało można określić mianem Sztuki to, co tworzy COF. „Damnation and a Day” jest tego najlepszym przykładem. Piękny, mroczny i jednocześnie bardzo brutalny to album. Jak już wspominałem – dla mnie płyta roku. Poprzez „Damnation and a Day” Cradle of Filth na nowo definiują pojęcie „mrok”. Czas już chyba zakończyć tą recenzje, bo ile można powtarzać, że coś jest genialne, wybitnie itp.? Płyta roku, o której za parę lat będzie się mówiło – kultowa! Na kolana psy niewierne!!!! Na kolana psy przed największym black metalowym zespołem w historii!!!!!